STULEJKA.COM                      
  24-05-2022 Wesprzyj Nas | Napisali o nas | Dedykacja  


Stulejka w teorii
Czytelnia
Literatura

Stulejka w praktyce
Doświadczenia
Zdjęcia
Leki
Adresy gabinetów

Inne schorzenia
Wędzidełko
Skrzywienie prącia

Inne
FAQ
Forum
Znalezione w sieci
Warto znać
Penis
Leczenie impotencji
Leki na potencję
Zaburzenia erekcji
Przedwczesny wytrysk
Choroby weneryczne
   w Internecie      stulejka.com 


DOŚWIADCZENIA

Doświadczenia Tomy'ego, listopad 2005

Doświadczenia Tomy'ego - listopad 2005

Witam wszystkich "przed" i "po" :)

Zdecydowałem się na zamieszczenie opisu boju o zdrowie i dobrą przyszłość swojego klejnotu, ponieważ chcę pomóc chłopakom ze schorzeniem w taki sam sposób w jaki pomogły mi doświadczenia innych w podjęciu tej ważnej męskiej decyzji.

Na wstępie opisu swoich doświadczeń chciałbym zaakcentować, iż mój przypadek to typowa stulejka nabyta. Piszę o tym po to, aby dać pogląd czytającym na to jak wygląda początek, rozwój i najbardziej radykalna metoda leczenia schorzenia - czyli zabieg chirurgiczny. Być może przekona to wielu do pozbycia się lęku i wstydu przed wizytą u urologa, a być może uratuje wielu z was przed ostatecznym rozwiązaniem problemu w postaci potraktowania waszego klejnotu skalpelem chirurgicznym. Na własnej skórze (powinno być raczej skórce) przekonałem się jak to jest utracić to, co jest bardzo ważne w życiu każdego mężczyzny, czyli 100%-tową sprawność fizyczną.

.... ale dość biadolenia, do rzeczy....

Historia mojego problemu zaczeła się ok. 4 lat temu. Nawet nie wiem dokładnie kiedy i jak się to zaczeło, ale za początek schorzenia przyjmę dzień w którym wystąpiły pierwsze objawy w postaci swędzenia w okolicach wędzidełka. Nie rozczulałem się nad tym za bardzo, wziołem kąpiel, zdezynfekowałem maluszka spirytusem i cześć - dolegliwości ustąpiły. Przez parę dni jeszcze powtarzałem zabieg z dezynfekcją i zapomniałem o całej sprawie. Po upływie dwóch lub trzech miesięcy niespodziewany nawrót objawów infekcji czyli swędzenie. Tym razem pomimo kilkukrotnej dezynfekcji nie odnotowałem żadnej poprawy, a dodatkowo w miejscu swędzenia odkryłem jakby łuszczący sie naskórek. Od razu pomyślałem że to jakaś infekcja grzybiczna i nawet postanowiłem że pójde do apteki i kupie sobie coś bez recepty i to załatwi sprawę. Niestety nawał obowiązków w pracy spowodował iż szybko zapomniałem o sprawie, a dolegliwości wkrótce ustąpiły same jak za dotknięciem magicznej różdżki - było mi to na ręke. Niestety byłoby to zbyt piekne by mogło być prawdziwe i już po kolejnym miesiącu lub dwóch kolejny nawrót infekcji. Tym razem przebiegał w o wiele wiekszym nasileniu niż poprzednio. Do swędzenia w okolicach wędzidełka dołączyło swędzenie całej zewnętrznej krawędzi napletka oraz jego zaczerwienienie i nabrzmienie. Co robi prawdziwy facet w takim momencie? Idzie do lekarza? Otóż nie, prawdziwy facet zaciska zęby, bierze kąpiel i dezynfekuje "wacława". Podczas kąpieli odkryłem że w miejscu gdzie ostatnio odkryłem "łuszczący sie naskórek" pod wpływem ciepłej wody doszło do rozmoczenia zjawiska, tak że bardzo łatwo mogłem to usunąć - i tak też zrobiłem. Ten oto moment muszę w obecnej chwili przyjąć jako początek kolejnego stadium rozwoju schorzenia czyli bliznowacenia. Ze względu na to, iż przypadlo to na okres początku mojej kariery zawodowej, problem ten zszedł na dalszy plan. Wiedziałem ze musze sie udać do lekarza ale jak to w życiu bywa człowiek zawsze ma ważniejsze sprawy na głowie niż własne zdrowie. Parę razy po pamiętnej kąpieli "wacuś" piekł mnie w miejscu skąd usunąłem zrogowaciały naskórek, ale jak to bywa z niewielkimi ranami, jeżeli się je dobrze opatrzy same zanikają. I tu historia znowu zatacza koło, ponieważ wszystkie wcześniej opisane objawy infekcji znikneły. Po kolejnych kilku miesiącach w czasie przeglądu swojego klejnotu odkryłem że w miejscu gdzie znajdowała się wyżej opisywana rana doszło jakby do "ściągnięcia" napletka. Zauważyłem także, że w stanie wzwodu napletek nie schodzi równomiernie z żołedzi. Było to bardzo niepokojące zjawisko lecz szybko o nim zapomniałem ze względu na nadmiar obowiązków służbowych. W tym okresie nie byłem związany z żadną kobietą więc było także mniej okazji żeby zaglądać w spodnie. I tak oto przez mniej więcej rok bliznowacenie napletka postępowało bez mojego udziału (codzienne wzwody powodowały mikropeknięcia a to w dłuższym okresie czasu powodowało powiększanie się blizn). Nawet nie wiem kiedy odkryłem że mogę sciągnąć napletek tylko przy kąpieli, a żeby nie odczuwać bólu tylko po namydleniu go. Wtedy sobie dopiero uświadomiłem że teraz to mam dopiero problem. Na początku łudziłem się jeszcze że to nie stulejka tylko infekcja grzybiczna i pokonam ją za pomocą ogólno dostepnych leków. Przystąpiłem do działania tzn. próbowałem na własną rekę postawić sobie diagnozę. Zaczeło się grzebanie w necie, logowanie się do wielu serwisów internetowych o tematyce medycznej, zadawanie pytań na niezliczonej ilości forach dyskusyjnych. W miedzyczasie natrafiłem także na serwis stulejka.com. Po przeczytaniu prawie wszystkich tekstów i postów które się tam zanajdują oraz po przeglądnięciu zamieszczonych zdjęć a w szczególności zdjęcia klejnotu Miśka przed zabiegiem nie miałem już wątpliwości - to jest stulejka.

Nie będę w tym miejscu rozpisywał się jak bardzo w kolejnym okresie pogorszył się stan mojego maluszka (doszło nawet do infekcji żołędzi i ujścia cewki moczowej ze względu na utrudnione utrzymanie higieny) oraz jak bardzo pogorszył się stan mojej psychiki (zaczołem unikac ludzi a w szczególności kobiet). Czułem się fatalnie, a dyskomfort związany z przypadłością wprawiał mnie w stan obłedu. Nawet trudno mi o tym teraz pisać, ponieważ nie znajduję odpowiednich słów na to by oddać stan w jakim się znajdowałem. Wytrwałem w takim stanie jeszcze chyba pół roku, by wkońcu podjąć męską decyzję i umówić się na wizytę u urologa. Muszę w tym miejscu dodać że planowałem jak większość byłych stulejkowiczów poddać się zabiegowi w prywatnym gabinecie urologicznym. Z panoramy firm wyszukałem nr. telefonów wszystkich gabinetów urologicznych w moim mieście. Wybrałem jednego z urologów, zadzwoniłem i umówiłem się na wizytę, na 18.30 za dwa tygodnie (tak asekuracyjnie, żeby nie od razu:)). W międzyczasie 'wytropiłem' miejsce w którym znajduje się gabinet. Był to niewielki budynek, lecz w bardzo dobrym stanie (o ile nie nowy). Przyjmowało w nim kilku lekarzy. Muszę przyznać że zrobił na mnie pozytywne wrażenie. Z niecierpliwością już, wyczekiwałem zbliżającego się terminu wizyty. Wkońcu nadeszła. Podjechałem pod gabinecik jakieś 5min. przed umówionym terminem, tak by moja wizyta tam była jak najkrótsza (nie chciałem się natknąć przypadkiem na nikogo znajomego). Po wejściu okazało się że doktor przyjmuje z godzinnym poślizgiem. Miałem więc dosyć czasu by przyzwyczaić się do pomieszczenia i poobserwować kto przychodzi do doktora po poradę.

Poczekalnia nie przypominała w każdym bądź razie pomieszczenia "służby zdrowia" lecz raczej jakiejś dobrze prosperującej kancelarii prawniczej. Czysto, ciepło, stonowane kolory ścian, wygodne miejsca siedzące i super czysta toaleta. To naprawdę robiło wrażnie. W poczekalni siedziało kilku starszych, kilku w średnim wieku panów i ja. Po jakieś godzinie nadeszła moja kolej. Wszedłem, przedstawiłem się i zakomunikowałem doktorowi że z moim maluszkiem jest coś nie tak. Doktor kazał położyć się na kozetce, opuścić spodnie i zabrał się za diagnozowanie stanu. Z tamtej rozmowy pamietam kilka słów - bliznowacenie, stulejka, trzeba to usunąć! Doktor zapytał mnie kiedy mógłbym pójść na dwa dni do szpitala. Trochę mnie to zdziwiło że do szpitala..... Mówiłem że pracuję, mam wiele obowiązków i że nie mogę sobie teraz pozwolić na żaden pobyt w szpitalu. Wtedy doktor wyperswadował mi że nie ma sensu się dalej męczyć (ze stulejką oczywiście), że nie ma ludzi niezastąpionych (chodziło mu o pracę) oraz że nie widzi najmniejszego powodu dla którego miałbym za taki zabieg płacić. Nie mając żadnych argumentów w ręce ustaliłem termin na za trzy tygodnie (tak na odczepnego, miałem zamiar pojechać do innego miasta i zrobić to prywatnie jak wielu z was to uczyiło). Doktor wypisał skierowanie, skasował stówe za wizytę i powiedział że wszystko będzie ok. W początkowym okresie chciałem się udać do innego urologa lecz po przealanizowaniu argumentów doktora oraz faktu ze szpital w moim mieście wygląda raczej jak niezłej klasy sanatorium podjołem decyzję że zrobię to na koszt NFZ. Stawiłem się w wyznaczonym terminie na izbie przyjęć tegoż właśnie szpitala. Pielęgniarka wzieła skierowanie, dowód oraz legitymację ubezpieczeniową i posła do szatni się przebrać. Przy okazji poznałem tam miłego pana w średnim wieku który też właśnie się przyjmował na urologię (w dodtku z skierowaniem od tego samego doktora).

W dwójkę już było o wiele raźniej. Po przebraniu, wróciliśmy na izbę przyjęć, gdzie po podaniu paru niezbędnych informacji i zrobieniu EKG (to standardowa procedura) wysłano nas w asyście miłej pielęgniarki na oddział urologii. Tam pielęgniarka dyżurna ulokowała nas w pokoju 214 gdzie czekało już dwóch gości w moim wieku. Okazało się że oni także od tego samego doktora i także czakają na poniedziałkowy zabieg. Tu także zostałem mile zaskoczony ponieważ pokój szpitalny w niczm go nie przypominał. Czysto, ciepło, jakby świeżo po remoncie, telewizja i łazieńka (taka jaką każdy z nas ma w domu). Tego wieczoru czekało mnie jeszcze kilka formalności tzn: pobieranie krwi przez pielęgniarkę, oględziny i konsultacja u lekarza dyżurnego, wypełnianie ankiety i podpisanie zgody na zabieg, wizyta u anestezjologa w sprawie rodzaju znieczulenia, zakładanie werflonu (taki drobiazg który wkłada się w żyłe aby można było podłączyć kroplówkę) no i oczywiście golenie krocza. Ta ostatnia czynność zajęła mi ok godziny i kosztowała sporo nerwów, ale w nagrodę efekt końcowy skontrolowała przemiła pielęgniarka która dorzuciła - "mnie się podoba":). Resztę wieczoru spędziłem na luźnych rozmowach z kolegami z pokoju. Noc była niespokojna, dało się słyszeć jak raz po raz któryś z towarzyszy nieszczęścia wierci się w swoim wyrku. Mnie to też nie omineło, dodatkowo odczuwałem ból w miejscu założenia werflonu. Godzina 5.30 wpada pielęgniarka i rozdaje nam termometry. Każdy jeszcze na wpółprzytomny mierzy sobie temperaturę. Ja oraz drugi koleś który też miał zostać obrzezany dostaliśmy kroplówkę z soli fizjologicznej. Wpompowanie tych 500 ml trwało jakieś 1,5 godziny. Przez ten czas, chociaż nikt z nas nie spał, nie odezwał się słowem do drugiego. Dało się wyczuć lekkie poddenerwowanie u każdego z nas. Około godziny 7.30 ekipa chirurgów, pielęgniarek oraz ordynator prześli po wszystkich pacjętach którzy mieli mieć zabieg tego dnia. Ordynator dokonał oględziń mojego wacusia i wtedy zapytał jak znieczulamy. Z racji tego że większość z ludzi którzy wypowiedzieli się na stulejka.com miało znieczulenie miejscowe, też zdecydowałem się na nie. Ordynator dodał: "widzę że nie boji się pan bólu. W nagrodę pójdzie pan do domu w dwie godziny po zabiegu". O ile pierwsze stwierdzenie trochę mnie zmartwiło, o tyle druga część wypowiedzi ordynatora wyraźnie mnie podekscytowała. Po tej wizycie wpadła jeszcze pielęgniarka z fartuszkami zabiegowymi. Potem nastała najbardziej nerwowa część dnia, czyli oczekiwanie na zabieg. Czas ten minął nam na rozmowach, przeplatanych chwilami 30 minutowym milczeniem. Wkońcu zabrali jednego, a po pół godziny drugiego towarzysza. Atmosfera robiła się coraz to bardziej nerwowa. Zauważyłem z niepokojem że pielęgniarki nie podają żadnych pigułek uspakajających. Poprosiłem jedną z nich o "głupiego jaśka". Przyniosła białą pastylkę, którą od razu połknąłem. Po ok 15min. zaczęło mi się kręcić w głowie, prawie tak jak po kilku drinkach. Poczułem ogarniającą mnie błogość. Od tej chwili już wszystko miałem w dupie! Gdzieś krótko przed 12.00 podjechała pielęgniarka z takim łóżkiem na kółkach (nie wiem jak sie to fachowo nazywa) i dodała żebym założył fartuszek i wsiadał. Przejechaliśmy na inne pietro, na blok operacyjny. Widziałem jak jeden z towarzyszy właśnie wyjeżdżał z zabiegu, był lekko zaszokowany, nawet mnie nie zauważył chociaż mineliśmy się. Wjechaliśmy na salę, przeskoczyłem na stół no i w tym właśnie momencie dowiedziałem się że lekarz który miał to zrobić przeszedł na inną salę na zabieg usunięcia żylaków. Choć "jasiek" działał to z leksza się wkurwiłem, ponieważ okazało się że pielęgniarki z mojego oddziału pospieszyły się. Nie uwierzycie, czekałem na chirurga 1,5 godziny leżąc półnagi na stole operacyjnym. Cieszyłem się tylko że wziołem "jaśka" i że trafiłem na miłą pielęgniarkę z któą pobajerzyłem jakąś godzine.

Wkońcu doczekałem się i ja. Wszedł chirurg, umył się, w tym czasie pielęgniarki okryły mnie jak do zabiegu i się zaczęło. Najpierw mycie - poczułem jakby małego i okolice ktoś oblał mi wrzątkiem. Doktor szybko wyrzucił z siebie że będzie ukłucie i zaczął mnie szprycować środkiem znieczulającym. Dwa pierwsze ukłucia czułem (nic wielkiego) a następnych już nie. Pomyślałem sobie że to wszystko co będę podczas tego zabiegu czuł. Nic bardziej mylnego. Po sprawdzeniu przez chirurga mojej reakcji na ukłucie w żołedź, wzioł się za skalpel. Mówie wam przez pół napletka nie czułem nic poza dotykiem a drugie pół to tak jakby odcinał mi go na żywca. Wynikało to chyba z pośpiechu w jakim chciał zrobić ten zabieg. Nie wiem czy nie odczekał wystarczającej ilości czasu, czy wstrzyknął zbyt małą ilość środka. Dodał tylko że jeżeli będzie bolało mam mu powiedzieć, wtedy on naszprycuje mnie jeszcze w tym miejscu. Tego zabiegu zabolało jeszcze raz przy zakładaniu pierwszego szwu. A potem już nie czułem niczego wielkiego do końca zabiegu który trwał w sumie 25 min. W sumie założył mi około trzydziestu szwów. Przy wychodzeniu z sali dodał tylko że opuchlizna może się utrzymywać jeszcze ze dwa tygodnie i żebym po mniej więcej tym czasie udał sie do doktora który mnie tu skierował na wizytę kontrolną. Pielęgniarka odwiozła mnie do mojego pokoju. Ubrałem się i poszedłem po jakąś tabletkę przeciwbólową. Wywnioskowałem z tego że chirurg w moim przypadku zastosował chyba minimalną ilość środka znieczulającego skoro bezpośrednio po zabiegu przestał działać. Pielęgniarka dała mi KETONAL. Połknołem i po ok pół godziny przestało boleć. W miedzyczasie poszedłem do toalety poprawić opatrunek i przy okazji sprawdzić jak wyszło. Było całkiem całkiem ponieważ wacuś wcale nie był opuchnięty. Położyłem się jeszcze na godzinkę w swoim wyrku po czym pożegnawszy wszystkich z którymi miałem do czynienia opuściłem szpital. W domu zjadłem objad, wziołem dwa nurofeny, zmieniłem opatrunek, oddałem mocz (trochę szczypało) i położyłem się w swoim wyrku. O godzinie 4.00 nad ranem zbudził mnie ból. Jak się okazało był to poranny wzwód. Od tej pory miałem przerywany sen - regularnie co pół godziny (ta sama przyczyna). Rano przy zmianie opatrunku mój wacław nie wyglądał już tak pieknie jak po zabiegu. Był opuchnięty, nabierał różnych dziwnych kolorów, a w okolicach wędzidełka powstał dosyć duży pęcherz wypełniony krwią. Nie przejąłem sie tym za bardzo - przypomniałem sobie bowiem słowa chirurga który mówił że opuchlizna może się utrzymywać jeszcze przez dwa tygodznie.

Tak oto kończy się historia mojego przypadku. Wiem że czeka mnie teraz długa rehabilitacja, lecz ja jestem zdeterminowany, ponieważ wiem że najgorsze mam już za sobą. Jestem dokładnie trzy dni po zabiegu. Zmieniam opatrunki dwa razy dziennie, przemywając rany wodą utlenioną i smarując maścią przepisaną przez lekarza. Mam nadzieję że gojenie ran przebiegnie bezproblemowo i nie doczekam się żadnych powikłań, a w szczególności zabiegów korekcyjnych.

Trzymajcie się!

Tomy

PS. Jeżeli jest coś nie tak z twoim ptakiem - zasuwaj do urologa nim będzie za późno!

Skorzystaj z moich doświadczeń po to aby zaoszczędzić sobie cierpienia.

Prawdziwy mężczyzna powinien choć raz w roku pójść z wizytą do urologa.

Ja to sobie już postanowiłem!


Doświadczenia






Stulejka.com poleca:

Download Opera

 © 2002-2009 kam